Czerwona piłka znów dotknęła mych dłoni.Pięść zamknęła się na obiekcie.
Głośno wypuściłam powietrze i znów zaczęłam podrzucać małą czerwoną piłeczkę.
Już od jakiejś godziny nie byłam w stanie znaleźć sobie jakiegoś sensownego zajęcia.Nie miałam żadnych rozkazów,ani choćby drobnych sprawunków,które mogłyby mi zająć wolne popołudnie.Więc leżałam na starym,skrzypliwym łóżku ustawionym w kącie ciasnego pokoiku.Pokój,a właściwie mieszkanie nie było w zasadzie aż tak małe.Jednak kurczyło się w oczach na myśl o tym,że dzieli się to mieszkanko z jeszcze czteroma osobami.
No cóż takie życie ,nie jestem zbyt dobrze ustawiona więc złożyłam się z kilkoma innymi wampirami na jedno z wynajmowanych mieszkań w okolicy centrum Pam.
Promienie słońca oświetliły białą ,przeciwległą ścianę.Kolejne westchnienie.Upuściłam piłkę na podłogę i wstałam.Wyjrzałam przez okno-nic ciekawego.Dzieci bawią się w grę ,której zasady są znane jedynie im.Dwa kocury okładają się pod drzwiami sklepu,podczas gdy biała,tłusta kotka nieśpiesznie oblizuje swe łapy siedząc na porzuconym przez kogoś pudełku i sędziując z góry.Uogólniając-dzień jak co dzień.Na skwerze te same dzieci,a pod sklepem te same koty.Oparłam się o parapet.
-Nie znoszę bezczynności-powiedziałam sama do siebie wpatrując się w dal.
Odsunęłam się od okna i rozejrzałam się po pokoju.Byłam sama.To może zabrzmieć dziwnie,ale lubię otrzymywać rozkazy.Pozwala mi to się skupić,pozbierać myśli...zapełnia czas.Kiedy nie wypełniam rozkazów zwykle robię coś wspólnie ze współlokatorami,ale dziś akurat wszyscy gdzieś wybyli.
Hayato był w szkole,a Gihei i spółka postanowili pokupować sobie nowe buty.
Ściągnęłam ciążącą mi bluzę,którą noszę w mieszkaniu.Ziewnęłam.
Ostatecznie po długiej i zdającej się nie mieć końce nudzie zdecydowałam się na ,,spacer"po lesie.
Założyłam zwykle przez siebie noszony strój.,,Zwykle"oznacza chwile ,w których szlajam się po lasach,czyli raczej większość czasu.
Wspięłam się na wysoki dąb i zaczęłam wędrówkę.Można to nazwać swego rodzaju zabawą.Skacze się z gałęzi na gałąź.Spadasz przegrywasz,tyle,że ja w tę akurat grę nie zwykłam przegrywać.
Po jakichś dwóch godzinach moją uwagę przykuła biała wilczyca pijąca wodę z rzeki pełniącej rolę granicy.Przykucnęłam na gałęzi.
Tak właściwie to nic nie mam do wilkołaków.Nie jestem rasistką.To,że kilka w życiu ubiłam to inna sprawa,nic osobistego-rozkaz.
W pewnym momencie wilk podniósł głowę i spojrzał na mnie.Na chwilę delikatnie uniosła wargę ukazując białe,kły.Wzruszyłam ramionami z zobojętniałym wyrazem twarzy.
-Zrobiłam ci co kiedy,że tam mnie witasz?-powiedziałam beznamiętnym głosem.
Jakby nie patrzeć mogłam jej się jakoś narazić.Nigdy nie było wykluczonym,że napotkany wilkołak nie jest bachorem jakiejś mojej ofiary.
Sheeren?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz